facebook youtube twitter


Futbol Wyniki Wyślij nam wynik meczu
 

Z pamiętnika groundhoppera (52) – Lubin

Z pamiętnika groundhoppera (52) – Lubin

Wychodzimy poza Małopolskę! Taki tytuł ma ten odcinek. Pamiętniki dorobiły się grupy wiernych czytelników, którzy zapewne są ciekawi jak to wygląda poza granicami naszego województwa.

 

 

Z pamiętnika groundhoppera (52) – Lubin
Liga Europy, 21.07.2016
Zagłębie Lubin – Partizan Belgrad 0:0 k.4:3

Mam zatem w końcu okazję opisać i przy okazji wrzucić trochę wspomnień z takich wyjazdów. Wyjazdów, na których dzieje się zwykle znacznie więcej, niż na tych do podkrakowskich wiosek. Wynika to, rzecz jasna, z prostego faktu, że im dalej- tym wyjazd trwa dłużej, a im dłużej - tym więcej przygód po drodze.

Pierwsze 50 odcinków pamiętnika zamknęło się w granicach małopolski. Jest to tylko skromny wycinek tego, co dotychczas zobaczyłem. Widzew Łódź, ŁKS, Elana Toruń, Śląsk Wrocław, Korona Kielce, jeszcze parę innych wielkich klubów, które pewnie nikogo nie zainteresują. Ale za to wyprawy na tak topowe drużyny jak Insomnia Piotrków Trybunalski, czy Zamkowiec Toszek urzekłyby zapewne wiernych czytelników. Na chwilę obecną nie planuję pisać „pamiętników do tyłu”, jednak przy okazji wyprawy i przejazdu nieopodal tych cudownych miejsc zapewne, dopiszę parę zdań.

Nigdy nie miałem tak fajnej ekipy wyjazdowej jak ta, z którą obecnie śmigam. Brakuje w niej tylko kolegi z dawnych czasów, wiernego fana Cracovii „pana Dominiczka”, bratniej duszy z którym zaliczyłem kilka świetnych wyjazdów. Obecny skład (w którym stale zmienia się liczba osób) tworzą koledzy i koleżanka (na razie tylko jedna, ale liczymy na powiększenie liczby kobiet na wyjazdach) z innych redakcji sportowych. Stałym punktem naszych spotkań są pawilony medialne Wisły i Cracovii. Dobra nie będę ściemniał, wiadomo, że chodzimy tam po to by się najeść do syta cateringiem. Między jedną a drugą kanapką warto czasem zrobić oddech i zamienić parę zdań. I tak od słowa do słowa nawiązały się relacje. Ktoś kogoś znał, ten ktoś się kiedyś przysiadł do stolika i stworzyła się super paczka, dzięki której nawet na meczach Ekstraklasy nie musi być nudno.

A wyjazdy? Każdy kocha na nie jeździć! Wiadomo, wyjazd rzecz święta, często to zresztą sama podróż, naszym wesołym autem, jest znacznie ciekawsza niż sam mecz, na którym zwykle się rozchodzimy i koncentrujemy się na redaktorskich obowiązkach. Tych podróży jest tak wiele, że opisywanie ich wszystkich jest rzeczą nierealną. Dla przykładu kwiecień tego roku to 16 zaliczonych meczy! Zresztą nie wszystkie obfitują w taką ilość przygód, by warto było o nich pisać. Warto na pewno opisać naszą wyprawę do Lubina.

Gdy tylko na meczu Cracovii (z macedońskim zespołem, którego nazwy nikt z nas nie potrafi poprawnie wypowiedzieć) padła wiadomość, że Zagłębie zapewniło sobie awans do następnej rundy i zagra w niej z legendarnym Partizanem  Belgrad, padło też hasło, że jedziemy.

Decyzja o tym kto jedzie była szybsza, niż tempo jedzenia kebabu przez Marcina. W zasadzie była to krótka piłka: Przy stoliku siedziało 5 osób, padło jedno pytanie. Jedziesz? Wszyscy zgodnie z ruchem zegara odpowiedzieli – tak. A że więcej miejsc w naszym busie nie ma, to lista wyjazdowa została zamknięta w jakieś 15 sekund. Później nastąpiła jeszcze drobna korekta składu wyjazdowego, co bynajmniej nie wpłynęło na jego jakość. Za to liczba chętnych na ten wyjazd była tak duża, że śmiało moglibyśmy pomyśleć o wynajęciu autokaru.

Zbiórkę, na mecz robimy w miejscówce nazywanej przez nas „końcem świata”. Tak się składa, iż na tym krańcu globu mieści się zajezdnia autobusowa linii, która pasuje praktycznie nam wszystkim a do tego mamy stamtąd idealny wylot na autostradę. Jedyny minus, to brak budki z kebabem.

Z kebabami związana jest jedna z wielu śmiesznych historii z tego wyjazdu. Tych zresztą było co nie miara, jak np. to że drajwer (na trzeźwo!!!) jako jedyny uczestnik wycieczki nie mógł znaleźć swojego auta na parkingu, czy fakt łapania przez jednego z uczestników, który zdołał się już dorobić siwych włosów, pokemona w Legnicy. Historia z kebabami, które są stałym i nieodłącznym punktem naszych wycieczek, wyglądała tak: Jako uznany w środowisku degustator tych wykwintnych posiłków podjąłem się namierzenia odpowiedniego lokalu. Pech jednak chciał, że do wyszukiwarki google, wpisałem o jedną literkę za dużo i zamiast w Lubinie szukałem (i znalazłem) z Lublinie… Od szyderczych docinków całą drogę poratował mnie nieco Marcin, który swoimi kontaktami namierzył w Lubinie (podobno wartą polecenia) budkę z pierogami. No bez przesady czterech chłopa, którzy razem pewnie coś koło pół tony ważą, miałoby iść na pierożki?

Przed wyjazdem chciałem jeszcze nakłonić grupę na zwiedzenie największego na świecie drewnianego obiektu pełniącego funkcję religijną. Taki kościół ewangelicki znajduje się w Jaworze. Jednak, nic z tego nie wyszło. Jawor jednak od dawna mam w planach i wcześniej czy później tam dojadę.Padło za to hasło udania się do Legnicy. I tu ponownie mogłem zabłysnąć moją znajomością budek z kebabami, bo tam już kiedyś jadłem. Mało tego, lokal ten ma u mnie pierwsze miejsce ex aequo z lokalem w… Zgierzu. Tu ekipa wyraziła zaciekawienie a po spożytym posiłku dostałem słowa uznania i podziękowania za polecenie tego lokalu.

Trasa A4 z Krakowa mija bardzo szybko na niekończących się wygłupach i żartach. Pierwszy pit-stop, robimy sobie dopiero w gminie Grodków, skąd zabieramy naszą koleżankę i już w pełnym składzie ruszam do celu.

Kolejnym punktem naszej wycieczki, była wspomniana już Legnica. Miasto tak urokliwe, że postanawiamy „rzucić wszystko i przenieść się tam zamiast w Bieszczady”, właśnie tutaj lądujemy na polecanym przeze mnie kebabie. Nie zawiedliśmy się. Lokal trzyma formę i od mojej ostatniej wizyty, która miała miejsce w 2014 roku jakość się nie pogorszyła. Legnicę miałem już okazję zwiedzić. I to bardzo dokładnie. Dwa lata temu zawitałem do tego miasta na mecz miejscowej Miedzi z Legią Warszawa w Pucharze Polski. Wtedy miasto przywitało mnie zbrojnymi oddziałami policji, która ilość można śmiało porównać do ilości funkcjonariuszy obstawiających Światowe Dni Młodzieży. Moja próba kupna biletu w kasie klubowej skończyła się niepowodzeniem, bo jak się dowiedziałem „biletów już nie ma”. Próba wejścia na stadion na legitymację prasową również się nie udała. Owszem, bardzo chętnie bym pana wpuścił, ale nie da rady, bo gra Legia, nawet listę dziennikarzy musiałem na policję podać, nie mogę już nikogo dopisać” – usłyszałem od rzecznika. Ale bilety powinny jeszcze być – dopowiedział mi mój rozmówca po chwili. W galerii, w sklepiku klubowym – doprecyzowała po chwili. Udałem się tam i faktycznie były ostatnie sztuki do… młyna Miedzi.

Wracając jednak do naszego wyjazdu. Po zjedzeniu kebabów i złapaniu pokemona udajemy się do Lubina. Ten odcinek trasy mija w ekspresowym tempie. Więcej czasu zajmuje nam odnalezienie drogi dojazdowej do stadionu Zagłębia. Błądzimy parokrotnie, ostatecznie idąc z myślą przewodnią, że gdzie policja, tam musi być jakieś życie, trafiamy na właściwy tor i całkiem przez przypadek odnajdujemy punkt wydawania akredytacji. Po odbiorze dokumentów, na których to dostałem nowe imię (nie spodobało mi się, zostanę przy swoim z którego jestem dumny, wszak to imię perskich królów), robimy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie i szukamy miejsca dla naszego busika. Nasz ukochany samochód zbuntował się i oświadczył, że nie będzie stać obok wozów transmisyjnych TV i koniecznie chce stać na parkingu dla VIP-ów. A poważnie rzecz biorąc, to znów pobłądziliśmy i tam właśnie znaleźliśmy miejsce parkingowe, na którym miła pani z ochrony pozwoliła nam pozostać.

Następnie był wyścig, kto pierwszy dobiegnie do cateringu. Marcin znów mnie zadziwił, bo mimo plecaka, torby i drabiny pod pachą, wygrał ze mną tę rywalizację. Gra nie była jednak warta świeczki, bo na stołach była tylko kawa i herbata.

Dwie godziny jakie pozostały do początku spotkania, spędzamy każdy sobie, łażąc bez większego celu wte i wewte, fotografując, podpatrując co chwilę trybuny, czy czasem nie dzieje się już coś ciekawego, oddzwaniając na telefony. Nim sędzia zawodów gwizdnął po raz pierwszy my już byliśmy mocno zadowoleni z tej wyprawy. Ja z powodu kibiców Partizana (o czym za chwilę) Marcin z możliwości zjedzenia całego arbuza.

Gdy tylko postawiłem swoje pierwsze kroki na murawie w Lubinie, natychmiast udałem się pod sektor kibiców gości i nim do niego dotarłem byłem pewien, że zostaję tu przez cały mecz. Możliwość zobaczenia na własne oczy i poczucia klimatu legendarnych kibiców z Bałkanów, drugi raz prędko mi się nie trafi. Toteż niczym japoński turysta, celowałem obiektywem we wszystkie strony świata a migawka pracowała bez wytchnienia. Przerwę a pstrykaniu zafundował mi jeden z kibiców drużyny przyjezdnej, z którym i w języku Szekspira uzgodniłem, że moje zdjęcia z meczu zostaną przesłane do Serbii! Taki drobny sukces w karierze fotoreportera.


Teraz to już tym bardziej musiałem skupić się na fotografowaniu fanów z Belgradu. Każdy, kto interesuje się ruchem kibicowskim, wie, że Partizan to legenda! Faktycznie kibice z Serbii są niesamowici. Melodyjne, wielominutowe pieśni, fantastyczna zabawa, aż miło było to oglądać i słuchać. Toteż jednym okiem patrzyło się na Serbów, drugim zerkało na to, co dzieje się na placu gry. Tam jak stwierdził po meczu nasz kolega, który całe spotkanie oglądał z trybun „było to jedno z najlepszych 0:0, jakie w życiu widziałem”.
W przerwie spotkania grupa kibiców z Polski, która była na trybunach Partizana wywołała jakieś spięcia z ochroną. Wszystko rozeszło się jakoś po kościach i większych „pozasportowych emocji” nie było.

Jako, że pierwszy pojedynek w Belgradzie zakończył się wynikiem 0:0 i takim samym zakończyło się spotkanie rewanżowe, dostaliśmy w prezencie dodatkowe 30 minut. Nie ucieszyło to jedynie naszego kolegi, który tego dnia robił za drajwera, bo zapowiadał się powrót na rano i na dobrą sprawę, nasz kierowca, mógł planować desant z meczu prosto do pracy.

Dogrywka zleciała w błyskawicznym tempie i nie wiedzieć kiedy oglądaliśmy już konkurs rzutów karnych. Pierwszy raz w tym spotkaniu w pełni skoncentrowałem się na tym, co dzieje się na murawie a nie na trybunach. Jedenastki lepiej strzelali piłkarze Zagłębia i po ostatnim strzale na stadionie zapanowała niesamowita euforia. Szał kibiców i radość ze zwycięstwa, pechowo odbił się na jednym z kibiców miedziowych, bo źle zamknięta bramka ewakuacyjna nie wytrzymała naporu fanów, w efekcie czego jeden z fanów spadł z trybuny łamiąc sobie nogę. Chyba tylko on, jako jedyny z Polaków, będzie źle wspominał to spotkanie. Reszta publiczności wielce zadowolona z wyniku dość szybko i sprawnie opuszcza stadion. Nie było się czemu dziwić, że kibice spieszą się do domu, wszak dochodziła już północ.

Nam pozostała jeszcze droga powrotna. Nim spakowaliśmy się i zajęliśmy miejsca w naszym busiku, był już następny dzień. Stadion opuszczamy parę minut po północy. Adrenalina ciągle w nas jeszcze buzuje, więc pierwsza część trasy mija nam na żartach i rozmowach. Z czasem jednak, zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki . Tym bardziej, że wracam dość nietypową drogą. Najpierw zamiast na autostradę wyjechaliśmy na jakąś krajówkę, łączącą Lubin z Wrocławiem, przez co wpakowaliśmy się do centrum stolicy Dolnego Śląska. Zaliczamy przy okazji przejazd obok nowego stadionu Śląska (gdzie zresztą też już byłem). Później, nasz drajwer myli drogę i przy wylocie na autostradę zamiast na Kraków wylatujemy w stronę Łodzi. Kosztuje nas to stratę czasu, za to drajwer ma okazję przypomnieć sobie wszystkie znany mu przekleństwa.

Trafiamy w końcu na A4 i szybkim tempem zmierzamy w stronę Krakowa. Po drodze jeszcze pit-stop na Macu, zakup prowiantu. Tam też zostawiamy naszą koleżankę, która mieszka w okolicy i ma zapewniony transport do domu. Znów w samochód i w drogę, z której za wiele nie pamiętam, bo jakoś tak mi się oko przymknęło, że obudził mnie dopiero iście kapralski okrzyk kierowcy, który grzecznie, ale stanowczo poprosił mnie o opuszczenie swojego samochodu.
Zerwany ze snu zaraz po 4 w nocy zmierzam w kierunku przystanku tramwajowego na dworcu głównym w Krakowie. Okazało się, że trafiłem na martwy moment, bo nocne już nie jeździły a dzienne kursy dopiero za godzinę. Po 30 minutach czekania, drzemki w autobusie, z której wybudził mnie kierowca, przesiadce na tramwaj, doczołgałem się jakość do mojego mieszkanka w Nowej Hucie.

Szybki prysznic i w momencie gdy słoneczko zaczynało już świecić kładę się na zasłużony odpoczynek. Ogromnie zmęczony i jeszcze bardziej szczęśliwy, w myślach i snach planuję już kolejne wyjazdy!

Tradycyjne pomeczowe PKB:
Piwo: kierowca pozwolił nam na tylko jedno do obiadu…
Kiełbaski: zastąpione zestawem kibica (czytaj kebabem)
Bilety: oczywiście były


Przygotował: Dariusz Grochal (Futbol-Małopolska)
 
Chcesz aby Twój klub znalazł się w Pamiętniku Groundhoppera?
Pisz na adres grochal@futmal.pl



Fotografia ślubna Kraków

Źródło: Dariusz Grochal

Dodano: 2016-08-31 22:50:31


Galeria zdjęć

 

Komentarze